Sunday, September 13, 2009

Depeche Mode - <i>Violator</i>

Let me take you on a trip around the world and back…

“Ależ to jest płyta!” mówię sobie po cichu kiedy Dave Gahan zaprasza mnie do zabawy. Ostatnio się z nią przeprosiłem, po dosyć długim rozstaniu na rzecz depeszowych rzeczy sprzed 1990 r. (Black Celebration) i tych nagranych po 1990, szczególnie Songs Of Faith And Devotion i Ultra, bo to takie dorosłe i takie staczanie się w dół po równi pochyłej pasuje do tej muzyki i w ogóle. Chociaż i tak najwięcej słuchałem genialnego Devotionala. W kółko i w kółko Devotional, Devotional, Devotional. Ale teraz się przeprosiłem i jest w kółko i w kółko Violator.

Ależ to jest płyta. Ależ to jest otwieracz. World In My Eyes – oszczędny, ale jednak bogaty w dzwięki, pełen emocji i jeszcze ten tekst, i jeszcze ten Gahan: “now let your mind do the walking and let my body do the talking let me show you the world in my eyes“, “let me put you on a ship on a long, long trip your lips close to my lips“.

Ależ co ja tutaj piszę. W końcu to stara dupa z tej płyty, 19 lat na karku, także kto jej jeszcze nie słyszał oprócz np. mojej babci? Nie chodzi nawet o całość – kto nie zna Personal Jesus albo Enjoy The Silence? Kto nie zna niech da kamienia. Cholernie trudno pisać o takiej fajnej muzyce. Wszystkie dobre chęci kończą się jak tylko zaczynają grać pierwsze dźwięki – kiedy ich słucham to myślę, że nie ma sensu się męczyć, bo opisać się nie da i napisać tak, że będzie to brzmiało jak Halo albo Clean też się nie da. Także ja tylko “zanurzam się” w melodie i czuję się jak mistrz. I jak ktoś nie zna to ma problem, a jak ktoś zna to może tylko kiwać głową, potwierdzając kolejne słowa mówiące o tym, że jaki to jest wielki geniusz i jaka to ogromna zajebioza.

Niniejszym podpisuję się pod wszystkimi peanami na cześć Violatora i od siebie to może powiem tylko, że po przerwie nadal tak samo kocham najspokojniejszy, najbardziej eteryczny, wyciszony i klimatyczny Waiting For The Night. Jednocześnie najlepszy, ryzykowne stwierdzenie, z tych wolnych, cichych, balladowych numerów depeszy. Jak słucham to się czuję bezpieczny. I jeszcze powiem, ze Enjoy The Silence jakoś mniej mnie rusza, ale to tylko dlatego, ze mi ciągle po głowie chodzi fantastyczna wersja z Devotionala z solówką gitarową Gore’a, bo sam kawałek oczywiście genialny, jak już zresztą napisano. Za to Policy Of Truth namiętniej niż dawniej słucham, z tych przebojowych kawałków na albumie aktualnie mój  No.1. Zamykający album Clean - dopiero teraz w pełni doceniłem ten utwór i jest to obecnie jeden z mojego top15 Depeche Mode.

Ależ to jest płyta. Nie wiem czy wypada tak pisać. Raczej taki tekst “ależ to jest płyta” bardziej pasuje do nowego zespołu, ewentualnie do nowej płyty juz kultowej kapeli. Ale tutaj ani zespół nie najmłodszy, a i płyta ma swoje lata – gdyby była człowiekiem to zaczynałyby jej się pokazywać zmarszczki pod oczami i pewnie w ciąży by już była. Ale co ja mogę poradzić, ze słucham jak głupi tego Violatora i bawi on mnie, i kręci tak jakbym pierwszy raz odsłuchiwał? No ale co pan zrobisz? Nic pan nie zrobisz! Enjoy The Depeche Mode!

No comments:

Post a Comment